Blog > Komentarze do wpisu

Lebanon

nasza przygoda zaczęła się już od samego lotu. Jak się okazało (dzięki naszej nowo poznanej Libanki- Mahy) leciała z nami ichniejsza top muzyczna gwiazda! nijaki George Wassuf :) zaproponowałam "koleżance", że zrobię jej z nim zdjęcie, co wprawiło ją w niesamowity entuzjazm.mi się też nie upiekło! wróciłam z Libanu z jego płytą, ale bez szału. uważam,że mają lepszych wykonawców! ( powiedziała jakby na muzyce się znała;) ). ku ciekawości- od wciągania koki ma sztuczny nos. On- rzecz jasna! :)

na lotnisko wyjechał po nas Jack razem ze swoim jakimś kolegą, którego już później nie widzieliśmy. wylądowaliśmy o ok 2:00. pobyt zaczęliśmy od Żubrówki wypitej nad brzegiem Morza Śródziemnego:) i od nauki kluczowego słowa : "habibi" ;))) o ok. 6-7 byliśmy w naszym "hotelu".Mój pokój był ok. U Klaudii i Arka często nie było ciepłej wody ( częściej jej nie było, niż była) i była wilgoć. U mnie poza niebieską łazienką ( nie cierpię koloru niebieskiego!) wszystko było ok:) no może klamka czasem odpadała ;)

widok z hotelu:

Klaudia i Arek w swoim pokoju:

i pojechaliśmy do Żunie :) wjeżdzaliśmy kolejką liniową na samą górę przez całe miasto podziwiając panoramę owego kraju! cuuuuudnego kraju!

później była szisza i niestety smutna wiadomość, bo Tata Jacka miał zawał...choć na szczęście wszystko dobrze się skończyło i po dwóch dniach był w domu :)))

wieczorem pospacerowaliśmy blisko hotelu.fajną sprawą są dekoracje świąteczne! prezenciki na prawie każdym drzewie, neony...ech...

wieczorem kolacja, na którą przyjechał Jack i Nancy. Wieczorem jest ziiiiiiiiiimno! baaaardzo zimno!!!

Następnego dnia z uwagi na to,że nasz "przewodnik" Jack był w szpitalu u Taty, my postanowiliśmy rano pójść na pyszne espresso do "zaprzyjaźnionej" knajpki obok "hotelu", a potem w stronę morza, bo się Klaudii zachciało ;). chyba rzucaliśmy się w oczy jako turyści, bo dołączył do nas jakiś "ziomuś",który niby szedł w tym samym kierunku co my. miał komuś tam coś tam zanieść, ale wyszło, że spędził z nami praktycznie całe popołudnie i stwierdził,że zaprowadzi nas nad morze :) po drodze natknęliśmy się na drzewo grejpfrutowe, z którego dostaliśmy od właścielki pięknie pachnący owoc! kupiliśmy Klaudii buty, bo ją stare obcierały ( sklepy takie jak u nas, ceny takie jak u nas! buty nine west 100$). "Ziomuś" trochę nam poopowiadał o Libanie, pozachwycał się moimi niebieskimi oczami, stwierdził,że nie powinnam chodzić w okularach przeciwsłonecznych, bo są ładne. nie wiem, o co chodzi ,bo musiałam ( a raczej mój translator w osobie Klaudii) Libańczykom tłumaczyć,że są normalne, a nawet nic w nich szczególnego!

popołudniu zabrał nas Jack i Nency i pojechaliśmy wieczorem do Bejrutu. Tam poznaliśmy "Ciurbla"- Charbel'a i Sandrę. Bejrut nocą jest niesamowity!!!

"Ciurbel" i ja ( narcyzm wziął górę ;))- zdjęcie robione przez Klaudię:

zaszliśmy do "różej" restauracji i to za czym tęsknię niesmowicie mocno, z dnia na dzien coraz bardziej....ichniejsza kuchnia!!!!! pyyyyyyyyyycha!!! we Wro nie ma knajpy z libańskim jedzeniem, ale za tydzien w Wawie kto wie, kto wie :))) i arak też był. niezbyt mi jednak smakował- słodkie mleko. mleko lubię, ale niesłodzone ;)

wróciliśmy z Bejrutu późno, ale wcale nie zakończyliśmy dnia! kolejnym etapem poznawania tego kraju było poznawanie życia nocnego Libanu... nie będę się rozpisywała, ani dużo zdjęć wrzucała. napiszę krótko! dawno nie wypiłam tyle alkoholu i tak się nie wybawiłam!!! :))) Dziękuję Wam wszystkim!:)))

1.knajpa (było jeszcze naprawdę grzecznie):

piliśmy jakieś shorty na Jacku Daniel'sie. ja chciałam spróbować mojito, bo nadal sobie tłumaczyłam,że jak się nie ma, co się chce, to się człek zadawala tym,co ma ;) krótkotrwałe uczucie. rewelacyjny był ten wyjazd!  barman, który nas sponiewierał ( choć nie powiem- dobre driny;) ):

w takich nastrojach przeszliśmy do kolejnej knajpy:

i tu już mieliśmy "dobrze" ;)

ja i moje oczy, które Charbel chciał koniecznie uwietrznić, a ja tłumaczyłam,że to "brzydal" ;)

i kolejna knajpa...tu już baaardzo "dobrze" mieliśmy ;)

przenieśliśmy się do pierwszej knajpy, gdzie imprezę zaczynaliśmy. tam już się wszyscy z nami bawili:) najlepsze było karaoke, gdzie napisy były arabskie, a jak się okazało- my świetnie znamy arabski, bo śpiewanie nam super poszło :P:))))):

tyle zdjęć wystarczy z tego wieczoru! :))) następny dzień (30.12) był krótki! za krótki! pojechaliśmy na śniadanie ( o 17:00 tamtejszego czasu-> godzina do przodu od naszego) do knajpki przy porcie i zwiedziliśmy stare miasto...

a 31.12 z rana(?) ok 13:00 po śniadaniu :))) rozdzieliśmy się...faceci swoją drogą, kobietki swoją! my pojechałyśmy do tamtejszego salonu urody (?), by się przygotować na New Years Eave! dałam zrobić sobie makijaż i włosy! nigdy tak mocnego makijażu nie miałam!!! z włosami se nie poszaleli, bo mam krótkie i oni nie są przyzwyczajeni do takiej fryzury, bo ich kobiety mają długie włosy! i co przyznać obowiązkowo trzeba- są mega zadbane! Libanki są piękne!!! europejki mogą im tego zazdrościć!

tak więc Wszystkim tu zaglądającym życzę pozytywnie zakręconego Roku!!!! pełnych marzeń i odfajkowywania ich! niech się szczęści! :))))

i nastąpił powrót do domu...do zimnego auta zostawionego w Krakowie, do śnieżycy w drodze do Wrocławia...i do następnego dnia już z Warszawie, bo miałam firmówkę :))) a na 3 króli mnie złamało i odpoczywałam siedząc pod kołdrą :) za to w piątek (07.01) dziwna energia mnie opętała i jak nigdy do pracy mi się chciało! tego mi trzeba było! rewelacja!!!

Klaudia, Arek- jeszcze raz oooooogromniaste dziękuję :******

czyżby teraz Kenia??? ;)

sobota, 08 stycznia 2011, aniskoja

Polecane wpisy